„Kiedy zejdziesz na dno i odwrócisz się w górę, czujesz wielką rękę natury, która stoi na twojej drodze. Wtedy właśnie dopada cię strach. Czy zdołam wrócić na powierzchnię? Strach jest wrogiem, bo pożera wielkie ilości tlenu. Ból ogranicza nasze możliwości. Jednak najważniejsze nie jest dla mnie bicie rekordów, lecz poczucie jedności z naszą matką – morzem”

Jacques Mayol

 

Jako chłopiec lubiłem rozkładać na części różne przedmioty i je z powrotem składać. Kiedyś rozkręciłem telefon. Pamiętam, że przez długi czas można było tylko słuchać, co dzwoniący ma do powiedzenia. Skwapliwie to wykorzystywałem, dzwoniąc do rodziców z informacją, że przyjdę później do domu.

Ale kiedy udawało mi się jakąś rzecz z powrotem złożyć, zdejmowałem z niej czar tajemniczości. Odkurzacz z całości zmieniał się w zbiór połączonych ze sobą różnych części. W tym momencie, zyskiwałem nad nim pewną formę władzy, bo łatwiej mi było zrozumieć zasady jego działania.

Wyjęcie z „malucha” rozrusznika (młodszemu pokoleniu zapewne przyda się informacja, że piszę o samochodzie Fiat 126p) pozwalało mi zrozumieć jego budowę i zasadę działania. Dzięki tej wiedzy, kiedy w momencie uruchamiania samochodu, zamiast radosnego dźwięku rozrusznika słyszałem klik klik, wiedziałem co zrobić. Nie stałem bezradnie gdzieś na pustej drodze, czekając na ratunek. Oczywiście, nie zawsze wszystko potrafiłem naprawić, ale ta wiedza pozwalała mi w miarę spokojnie pokonywać polskie drogi.

Gdzie pojawia się zrozumienie, tam pojawia się także większe poczucie kontroli.

Podobnie jest z naszym umysłem. Tylko tym razem to nie on obserwuje jakąś rzeczy, tylko ty jego obserwujesz. Podmiot zmienia się w przedmiot. Powoli rozbierasz swoje Ja na części. Zdejmując z niego magię, zyskujesz w zamian większe poczucie kontroli. Praktyczną umiejętność radzenia sobie z klik klik. Ale to wymaga treningu.

Kiedy zaglądasz pod maskę „malucha” możesz się zdziwić, bo zamiast silnika znajdziesz tam mini bagażnik. Po prostu samochody te mają silnik z tyłu, co było przedmiotem wielu anegdot. Jedna z nich mówiła o kobiecie, którą zatrzymała milicja (bo tak się nazywał wtedy policja) i poprosiła o otwarcie klapy silnika. O rany – krzyknęła kobieta – ktoś mi ukradł silnik. Kiedy już otworzysz klapę z właściwej strony, konstrukcja budowy znajdującego się tam silnika, nie będzie za bardzo skomplikowana. W odróżnieniu od dzisiejszych samochodów, można to było w miarę szybko opanować. Zwłaszcza, że każda część chociaż raz musiała się zepsuć. W wypadku naszego umysłu, temat jest zdecydowanie trudniejszy i zabierze Ci o wiele więcej czasu. Ilość myśli i emocji po zajrzeniu pod maskę, może być dla Ciebie olbrzymi utrudnieniem. Dlatego pierwszą rzeczą, którą należy opanować, jest koncentracja na oddechu.

Usiądź dostojnie. Wyprostuj plecy. Nie opieraj ich o nic.

Połóż ręce wygodnie na kolanach, tak aby nie pochylały cię do przodu…

Nie musisz od razu siadać w siadzie skrzyżnym czy lotosie.

To nie jest na początku konieczne. Choć z czasem… stanie się

Zamknij oczy i stań się uwagą śledzącą swój oddech.

 

Minuta za minutą, godzina za godziną twoja koncentracja będzie się wzmacniała. O jej efektach pisałem w artykule „K jak Koncentracja”, więc nie ma sensu ponownie rozprawiać o tym. Dobrze, jeśli dodatkowo wspierasz jej rozwój ćwicząc jogę i wykorzystując nowoczesne technologie.

Koncentracji na oddech w miarę łatwo i szybko można się nauczyć. Pierwsze większe efekty (umiejętność wyciszenia rozproszeń i szybszy powrót ciśnienia do normy po sytuacji stresowej) można zauważyć już po ośmiu tygodniach. Jeśli jednak chcesz mieć większą kontrolę nad tym, co może się wydarzyć po drodze, musisz zajrzeć pod maskę. Musisz opanować całą masę różnych doznań, które składają się na znajdujący się tam silnik.

A teraz, w ramach krótkiej przerwy od motoryzacji, zapraszam Cię do kina.

Zamknij oczy, aby włączyć ciemny ekran.

Obserwuj pojawiające się na nim myśli i uczucia.

Nazywaj je. Niech wiedzą, że są obserwowane.

A teraz, przenieś uwagę w dół. Na oddech.

Nie przyśpieszaj go, ani nie zwalniaj.

Po prostu bądź obserwującą uwagą.

Aż pozostanie tylko oddech.

Teraz powoli unieś uwagę ponad oddech.

Niech na ciemnym tle znowu wyświetli się film.

Jesteś widzem, który obserwuje swoje myśli i emocje.

Kiedy odkryjesz, że wciągnęły cię do fabuły, nazwij je.

Niech wiedzą, że znów jesteś tylko widzem.

Jeśli akcja filmu jest zbyt trudna dla ciebie,

wróć powoli do oddechu.

Nie przyśpieszaj go, ani nie zwalniaj.

Po prostu bądź obserwującą uwagą.

Aż pozostanie tylko oddech.

Spokojny wdech.

Wydech

 

Kiedy zamykasz oczy, już po chwili obszar mózgu odpowiedzialny za tzw. tryb domyślny (dla wnikliwych: tylny zakręt obręczy) uruchamia swoją pracę. Zdecydowana większość myśli tam powstających jest skupiona na nas samych. Z racji na ich treść i dynamikę, mnisi nazywają go małpim rozumem. Do małpiego rozumu dochodzą jeszcze różne odczucia emocjonalne i cielesne. Lepiej zapnij pasy, bo w repertuarze masz podcasty, obrazy i efekty 6D. Nudy nie ma.

Na szczęście, możesz to wszystko chwilowo wyciszyć koncentracją na oddechu.

Z biegiem lat i doświadczeń medytacyjnych, zdobywasz coraz większą wprawę w kontrolowaniu tego, co dzieje się pod klapą silnika. Kiedy więc podczas codziennych czynności usłyszysz charakterystyczny klik klik, potrafisz sobie poradzić. Nie musisz wzywać pomocy drogowej, albo prewencyjnie jeździć tylko po drogach solidnie zabezpieczonych. Twój „maluch” zmienia się w pojazd z napędem na cztery koła. Jesteś gotów na cross road.

Kiedy 10 lat temu po raz pierwszy usiadłem do medytacji, osoby z otoczenia przyglądały się temu z niepokojem (czy wszystko u ciebie w porządku?). Tymczasem w Stanach Zjednoczonych badania nad efektami medytacji od dawna były prowadzone na największych uniwersytetach m.in. Kalifornii, Wisconsin–Madison czy Harvard Medical School. Część tych badań przytaczam w tym artykule.

Dzisiaj, na szczęście, oswoiliśmy się bardziej z tym tematem. Wiele osób mówi otwarcie, że podjęło już pierwsze próby medytacji albo się do niej przymierza. Niestety, większość z nas już na samym początku popełnia błąd „mistycyzmu”. Po literaturze książek Osho, Tolla itd. siadamy na podłodze w oczekiwaniu nadzwyczajnych efektów graniczących wręcz z unoszeniem się nad ziemią. Szkoda. Szkoda, bo wzbudza się w nas pragnienie cudów, a tymczasem… przed nami jest długa, wytrwała i metodyczna praca.

Czy się opłaca? Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że był to jeden z najważniejszych kroków w moim 60-letnim życiu. Dzięki doświadczeniom z medytacji zmieniło się moje podejście do niego. Zdjąłem z siebie wiele niepotrzebnego w drodze bagażu. Życie stało się lżejsze, a ja bardziej kreatywny, odważny i doceniający każdą chwilę.

Ale to moje subiektywne odczucia. Naukowcy także zajrzeli pod maskę, aby dokładniej prześledzić zmiany, jakie powstają w naszych mózgach pod wpływem medytacji otwartej obecności. Skalpel został zastąpiony funkcjonalnym rezonansem magnetycznym (fMRI). Bez rozbierania i składania ponownego (co bardziej pewnie by przypominał moje doświadczenia z telefonem) można bezpiecznie i dokładnie eksplorować różne obszary naszego mózgu. Co więc zmienia się w naszym silniku myśli, emocji i pragnień na skutek wieloletniej praktyki techniki obserwacji (medytacji otwartej obecności). Przytoczę tylko trzy duże zmiany i jedną malutką. Jeżeli ktoś ma ochotę na więcej, polecam książkę „Trwała przemiana” napisaną przez dwóch wybitnych naukowców Daniela Goleman i Richarda Davidson.

  • Wzrost liczby połączeń pomiędzy korą przedczołową a ciałem migdałowatym. Ponieważ ciało migdałowate w naszym umyśle odpowiada za reakcję Zamarcie-Atak-Ucieczka (Freeze-Fight-Flee), zmniejszenie jego reaktywności na sytuację trudną, pozwala nam zachować większa kontrolę nad swoimi reakcjami.
  • Mniejszy wzrost kortyzolu uwalnianego na skutek sytuacji stresowej. Dzięki temu mamy większą zdolność do radzenia sobie w długotrwałych sytuacjach stresowych.
  • Obniżoną aktywność kluczowych obszarów odpowiadających za tryb domyślny. Co znaczy mniejszą liczbę myśli obsesyjnie skupionych na sobie.

Jak widać, umiejętnie  kontrolowana jazda nie tylko przedłuża działanie silnika, ale także i usprawnia. Czas więc na tą malutką zmianę, która… może nie jest, aż tak mała. Czy wiesz, że u osób z doświadczeniem w medytacji otwartej obecność, zaobserwowano mniejszą liczbę oddechów na minutę. Co wiąże się z mniejszym spalaniem naszego silnika, czyli wolniejszym tempem przemiany materii. Choć liczba oddechów może być uzależniona od wielu innych czynników, niż tylko wewnętrzny spokój (np. wytrenowanie organizmu), to moje doświadczenia potwierdzają tę obserwację. Średnia liczba oddechów podczas ćwiczenia „skupienia na oddechu” wynosi wśród niepraktykujących medytację 12–16 na minutę. Kiedy ćwiczenie to wykonują osoby z doświadczeniem medytacyjnym, liczba ta potrafi spaść do 5-6 na minutę. Jak jest u ciebie?

Cóż, mnisi mawiają, że każdy ma określoną liczbę oddechów w życiu do wykonania. A ja życzę Ci, abyś jak najlepiej wykorzystał przynależną Ci liczbę i żeby… żaden klik klik, nie przeszkodził Ci w podążaniu własnymi drogami.

 

Marek Sobociński

Komiks rysował Aleksander Zawada