Chciałbym, żebyś powiedziała coś więcej o kierowcach, którzy z wami jeżdżą. Ich postacie pojawiają się sporadycznie w Twojej opowieści, ale można odnieść wrażenie, że to ludzie wyjątkowi: odważni, przytomni, opanowani, gotowi narazić życie. Czy rzeczywiście wszyscy są bohaterami?

To są typowi „bohaterowie drugiego planu”. O nas, którzy organizujemy pomoc, mówi się w mediach, robi się nam zdjęcia. Ich prawie nie widać, a przecież od ich postawy zależy powodzenie konwoju. Jeżdżą z nami z różnych powodów. Jedni trafiają do nas, bo uważają, że trzeba jechać, a inni, bo ich firma dała samochód, a oni zgodzili się go poprowadzić. Są i tacy, którymi kieruje ciekawość, chęć przeżycia „męskiej przygody”. Co ciekawe jednak, kiedy wjeżdżaliśmy na przykład do Bośni, u niemal wszystkich budziło się poczucie misji i przekonanie, że warto było zaryzykować.
Prezes mleczarni w Turku podarował nam na trzynasty konwój auto wypełnione produktami jego firmy. Pojechał nim ten z zakładowych kierowców, który najbardziej bał się prezesowi odmówić. Spróbuj sobie wyobrazić tego człowieka: urodził się w Turku, ożenił się w Turku, pracował w Turku i nigdy właściwie poza Turek nie wyjeżdżał. I nagle ten mniej więcej pięćdziesięcioletni mężczyzna po raz pierwszy w życiu opuszcza Polskę (specjalnie z tej okazji wyrobiono mu paszport) i jedzie do kraju ogarniętego wojną, nie mając zupełnie pojęcia o tym, co się tam dzieje i co go czeka po drodze. Po odprawie przed wjazdem do Bośni – kiedy przeważnie „straszymy”, żeby przygotować ludzi na najgorsze – oświadczyliśmy, że kto chce, może się jeszcze wycofać. Byłam niemal pewna, że „Turek” – tak go nazywaliśmy – z ulgą się zgłosi. Ale pomyliłam się. Może bał się zostać sam, może nie wiedział, jak po powrocie wytłumaczyłby swoją decyzję znajomym, a może nie chciał porzucić powierzonej mu furgonetki? W każdym razie pojechał. Było widać, że wszystko w nim się kotłuje. W odróżnieniu od innych wcale nie ukrywał swego strachu. To było zresztą ujmujące, że nie udawał, nie zgrywał „twardziela”. Kiedy wjechaliśmy na Igman i widać było, że Serbowie ostrzeliwują dalszy odcinek drogi, „Jeżu”, doświadczony kierowca, zapytał „Turka”, czy nie chciałby zostać tu i na nas poczekać. I „Turek” powiedział wtedy, że nie zostanie.
Szczerze mówiąc, podziwiałam tego człowieka. Znalazł się w konwoju przypadkiem, nigdy nie marzył o awanturniczym życiu. Bał się bardzo. Co w nim zwyciężyło ten strach? Trudno powiedzieć. Ale to jego zmaganie z samym sobą było piękne. I widać było, już w powrotnej drodze, jak ta decyzja, by być w konwoju do końca, bardzo go odmieniła. To właśnie jego samochód zabrał mnie po wypadku z posterunku, dokąd koledzy przynieśli mnie przez góry na noszach. „Turek” sam uprzątnął z auta wszystkie rzeczy, sam rozłożył koce, żeby było mi wygodnie, i sam to auto poprowadził, choć wcześniej na tym odcinku jechałby pewnie skulony obok kierowcy. Widać było, że przeżył coś, co dało mu poczucie własnej wartości.

 

Źródło: książka „Niebo to inni” Wydawnictwo ZNAK